alfabet emigracji

G jak goście

20:34

M: Jakieś plany na weekend?
G: Koleżanka wpada z wizytą.
M: Zwiedzanie?
G: Wątpię. Raczej po prostu spędzimy trochę czasu razem.
M: Dobrze. Lubię słyszeć, że ludzie przyjeżdżają, byś była szczęśliwsza.
Cóż, jedna z wielu rzeczy związanych z emigracją. Nie masz swoich ludzi wokół siebie na co dzień, widujesz ich tylko, gdy pojedziesz do domu. Albo gdy oni wpadną z wizytą. Bym była szczęśliwa :).
[ "Gościnność: robienie wszystkiego, by goście czuli się jak w domu, nawet jeśli wolałbyś, by właśnie tam byli!" ]
Nie martwcie się, nie jestem jak pani z powyższego obrazka ;). Naprawdę lubię, gdy ludzie przyjeżdżają do mnie tutaj, do Sztokholmu. Tak jak lubiłam wcześniej wszystkie wizyty w Warszawie, choć, oczywiście, na emigracji tęsknota za przyjaciółmi i rodziną jest znacznie silniejsza. Wyjeżdżając z Polski, mówiłam wszystkim, że są zawsze mile widziani w Szwecji, kiedy tylko znajdę jakieś sensowne mieszkanie, bo na początku wynajmowałam malutki pokoik. Ubiegłej jesieni w końcu udało się wynająć fajne mieszkanko z Kolumbijczykiem, mieliśmy więcej miejsca, by przyjmować gości, więc wysłałam w świat wiadomość - wpadajcie! Ale to była jesień, potem zima... Nikt nie chciał przyjeżdżać do Szwecji, gdy jest zimno i szaro, co w sumie szło zrozumieć. Ale wczesną wiosną musieliśmy się wyprowadzić z tego mieszkania, a obecne wynajmuję już sama i jest znacznie mniejsze od tego, które mieliśmy wcześniej. Ale moje podejście się nie zmieniło, zwłaszcza, że tęskniłam za przyjaciółmi i rodziną coraz bardziej.
Moi rodzice odwiedzili mnie tu jako pierwsi i to była najdłuższa z dotychczasowych wizyt. Przyjechali w czerwcu i przywieźli ze sobą ładną pogodą po najgorszej wiośnie od jakichś 50 lat. Ostrzegałam im, by przywieźli cieple ubrania a tu nagle po raz pierwszy w tym roku można było wyjść na dwór w koszulce z krótkim rękawem ;). Wzięłam kilka wolnych dni w pracy, by spędzić z nimi więcej czasu, zwłaszcza, że nie mówią po angielsku i chyba wygodniej im było z przewodnikiem ;). Właściwie to nie widziałam za wiele w Sztokholmie przed ich wizytą, więc też kupiłam Kartę Sztokholmską i intensywnie zwiedzałam i odkrywałam miasto. Na szczęście mam naprawdę fajnych i wyrozumiałych szefów w pracy, więc nawet jeśli moi rodzice przyjechali w środku prognozowania kwartalnego, nikt nie miał nic przeciwko temu, bym wzięła urlop na kilka dni, a w pozostałe wychodziła z pracy przed czasem :).
Teoretycznie lato to najlepszy czas na wizytę w Szwecji. Tylko teoretycznie, bo na przykład w tym roku lipiec był daleki od ideału. Sama zresztą miałam inne plany wyjazdowe i przez dłuższy czas nie umiałam powiedzieć, czy i kiedy będę wolna. Ale całkiem zaskakująco moje przyjaciółki zaczęły bukować bilety na jesień i nagle środek września i początek października mam wypełnione ludźmi. A biorąc pod uwagę moją obecną sytuację osobistą, dokładnie tego potrzebuję. Jak powiedział M. - to dobrze, że ludzie przyjeżdżają, bym była szczęśliwa. I tu naprawdę doceniam moich managerów - choć to czas przygotowywania budżetu, raportowania kwartalnego itd... naprawdę starają się dopasować do moich planów. Ach, ta szwedzka równowaga między pracą a życiem prywatnym...
Jakoś pod koniec sierpnia / na początku września otrzymałam wiadomość od przyjaciółek z Lublina, czy pasuje mi połowa miesiąca na ich wizytę. Jako że dla mnie każdy termin jest ok, a im podejmowanie spontanicznych decyzji pod wpływem alkoholu najwidoczniej przychodzi łatwiej ;), w połowie września miałam już je tutaj. Niestety tylko na tygodniu, a ja nie mogłam wziąć wtedy wolnego, ale wciąż przyszło mi docenić elastyczność mojej pracy. Przychodziłam do biura wcześnie rano i wychodziłam znacznie wcześniej, by spędzać z dziewczynami popołudnia i wieczory. Kiedy byłam w pracy, one zwiedzały, a wieczorami dużo piłyśmy rozmawiałyśmy. Oczywiście, przy takim trybie życia byłam bardzo zmęczona w pracy, ale jedyny komentarz, jaki usłyszałam od managera, to: "Masz kaca? Dobrze się wczoraj bawiłaś? Jak ja ci zazdroszczę!". A choć zaprzeczyłam (w końcu przecież nie chodzę do pracy na kacu :P), i tak przyniósł mi butelkę zimnej coli ;).
A w ubiegły weekend miałam tu wizytę D. ze studiów ;). Przyleciała w piątkowe popołudnie i dała znać, kiedy dotarła pod moją firmę. Choć było to nieco wcześniej niż się spodziewałam, po prostu się spakowałam i powiedziałam szefowi, że biorę laptopa do domu jak coś. "Baw się dobrze i do zobaczenia w poniedziałek!" - lepiej niż oczekiwałam ;). Choć i tak dokończyłam robotę w niedzielny wieczór, nie chcąc nadużywać dobrych stosunków w pracy. Z D. wzięłyśmy te dni na spokojnie, skoro i tak nie chciała zwiedzać. Miała szczęście do pogody, więc pospacerowałyśmy po Gamla Stan i wyspie Djurgården, co także mi pozwoliło się nieco uspokoić. Już jutro przyjeżdża tu kolejna koleżanka ze studiów i też nie mogę się doczekać :). I wciąż są jeszcze osoby, którym delikatnie sugeruję, że powinni mnie odwiedzić i jestem pewna, że oni dobrze wiedzą, że to o nich mowa ;).
Jedyne, czego naprawdę nie lubię, to pożegnania. Ten moment, kiedy odprowadzam ludzi na dworzec centralny, gdzie wsiadają w autobus na lotnisko. Tych ostatnich przytulasów i obietnic, że zobaczymy się wkrótce w Polsce. A potem powrotu do pustego mieszkania, gdzie wciąż wszystko mi przypomina o tych, co właśnie wyjechali. To coś takiego, do czego się nigdy nie przyzwyczaję i co sprawia, że czuję się cholernie samotnie na emigracji. Że właściwie jedyne, co chcę zrobić po powrocie do mieszkania, to zwinąć się na łóżku i płakać. Choć emigracja ma swoje zalety, ta tęsknota za ludźmi to po prostu beznadzieja. Ale wciąż, uwielbiam, kiedy moi najbliżsi wpadają z wizytą. Bo po prostu jestem wtedy szczęśliwa.
[ "Więcej sprzątam w 10 minut przed przyjściem gości niż przez cały tydzień." ]
Post ten jest częścią projektu Alfabet emigracji. Wpisy innych blogerek na literę G znajdziecie poniżej:
- Gone to Texas: G jak Guacamole
- Zaczynam do początku: G jak góry
- Obserwatore: G jak Gabinet luster
- Dee: G jak Gorzki smak pracy z rodakami
- C'est la vie: G jak Gironde
- Justa poza granicami: G jak Gustaw
- Kropka za oceanem: G jak Great fire
- Anna Maria Boland: G jak Gazety
- Storyland: G jak Gotowanie
[ "Wow! Dom jest taki czysty! Internet nie działał czy masz gości?" ]

Podobne posty

4 komentarze

  1. Tabliczka z pierwszego zdjia kupiona chyba w Teksasie? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem, gdzie kupiona, ale wygląda tak amerykańsko :D Ktoś wywiesił na sztokholmskiej starówce :))

      Usuń
  2. Uwielbiam wizyty rodziny i przyjaciół !! czuję się wtedy na prawdę szczęśliwa bo choć kocham moją emigracje to jednak brakuje mi bardzo tych moich szalonych dusz, wpicia kawki z rana w towarzystwie :)
    jedynie pożegnania są przytłaczające... ale nigdy i w żadnej okoliczności nie były przyjemne..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Racja, racja... Ale warto "przemęczyć" te pożegnania, byleby tylko goście chcieli przyjeżdżać jak najwięcej :)

      Usuń

Kraje

anglia (3) austria (1) belgia (1) chorwacja (12) dania (1) ekwador (5) finlandia (6) grecja (1) holandia (1) kolumbia (22) litwa (2) luksemburg (1) malta (2) niemcy (2) norwegia (1) panama (13) polska (19) portugalia (1) rumunia (7) słowacja (1) szwecja (147) włochy (7) zea (4)

Instagram