mazury

Mazurskie perełki: Kętrzyn, Reszel, Św. Lipka

12:16

Nikogo chyba nie muszę przekonywać do tego, że Polska jest przepiękna. Ostatnio narzekałam Wam trochę na Giżycko, które na kolana mnie nie powaliło, więc dziś będzie w drugą stronę - będę się zachwycać! ;) Bo w województwie warmińsko-mazurskim jest sporo perełek - miejsc, o których wcześniej w ogóle nie wiedziałam (choć w sumie ja o Mazurach w ogóle niewiele wiedziałam...), a które naprawdę robią wrażenie. Trzy miejsca z dzisiejszego wpisu zaliczyliśmy w jeden dzień i chyba samej ciężko mi wybrać, co podobało mi się najbardziej ;).
A zaczęliśmy od Kętrzyna - dawnego Rastenburga, przez wieki znajdującego się na terytorium pruskim. Zresztą ślady niemieckie na Mazurach są chyba nie do zatarcia i nawet większość miejscowych muzeów dysponuje historycznymi dokumentami głównie po niemiecku. Rastenburgowi nadano prawa miejskie w 1357 roku, więc na ratuszu i w kilku innych miejscach były rozwieszone informacje dotyczące 660-lecia Kętrzyna. Choć - jakby nie patrzeć - Kętrzyn jest Kętrzynem od lat zaledwie 71 ;).
Zdecydowanym numerem jeden w Kętrzynie jest najlepiej zachowany mazurski kościół obronny - bazylika św. Jerzego zbudowana w latach 1359-1407. Wraz z otaczającymi ją murami i wieżami (kościół wchodził w skład obwarowań miejskich) przypomina bardziej jakąś warownię niż świątynię. Wnętrze też jest warte uwagi - szczególnie szesnastowieczne sklepienia kryształowe i niderlandzka ambona z 1594 roku. Ja zwróciłam swoją uwagę też na podróbkę kaplicy ostrobramskiej na boku ;).
W bazylice można też wejść na szczyt wieży kościelnej, choć niestety nie na taras (którego tam po prostu nie ma), a jedynie rozejrzeć się po okolicy przez niewielkie okienka. Otwierają się tylko pojedyncze - po środku każdej ściany. Mimo wszystko ze szczytu rozciąga się ciekawy widok na centrum Kętrzyna :).
Ze szczytu wieży najbardziej rzucił mi się w oczy wysoki, strzelisty kościół, widoczny na powyższym zdjęciu. To kościół św. Katarzyny, który z bliska okazał się już nie taki stary, na jaki wyglądał. Neogotyk, zaledwie końcówka XIX wieku ;). Niestety, wejść do środka nam się nie udało, choć według informacji turystycznej powinien być otwarty. Cóż, nie był, ale choć przez kraty zajrzeliśmy do środka. Całość wyposażenia, w tym ołtarz i ambona, zachowały się z lat dziewięćdziesiątych XIX wieku. W sumie szkoda, że nie dało się wejść do środka, bo zaciekawiły mnie sklepienia ;).
Za to zdecydowanie starszy od kościoła św. Katarzyny jest kętrzyński zamek krzyżacki, wybudowany już w XIV wieku. Z tym, że z XIV wieku to tutaj niestety niewiele zostało. Zamek był dwukrotnie zniszczony niemal doszczętnie - w 1797 r. przez pożar i w 1945 r. przez wojska radzieckie. Całość odbudowano dopiero w latach sześćdziesiątych, starając się przywrócić zamkowi wygląd z XVI wieku. Na dziedzińcu zamkowym rozłożyły się niewielkie straganiki, gdzie można spróbować lokalnych przysmaków, kupić kętrzyńskie pamiątki... albo inne głupie drobiazgi - ja stamtąd wyszłam z kolczykami w kształcie słoików. Nie pytajcie ;).
Obecnie w zamku mieści się muzeum im. Wojciecha Kętrzyńskiego. Jest ono otwarte codziennie poza poniedziałkami w godzinach 9-18 (poza sezonem 9-17). We wtorki wstęp jest darmowy, w pozostałe dni bilet normalny kosztuje 8 zł, ulgowy 5 zł. Pani na kasie stwierdziła, że wyglądam jej na studentkę, więc bilet ulgowy dostałam, mimo stwierdzenia, że o byciu studentką to mogłabym już sobie co najwyżej pomarzyć ;). Muzeum jest poświęcone głównie historii zamku i miasta, a także życiu samego Kętrzyńskiego, choć znajdziemy w nim też trochę ciekawostek regionalnych. Całość jest nieduża, w środku spędziliśmy może z pół godziny.
Z Kętrzyna odbiliśmy jakieś 20 km na zachód, do niewielkiego miasteczka o nazwie Reszel. Jednak na powierzchni zaledwie 4km² zmieszczono całkiem sporą ilość zabytków - nic zresztą dziwnego, bo Reszel założono już w 1241 roku. O miejscową strażnicę walczyli Krzyżacy z wojskami pruskimi, potem była tu osada handlowa poddana biskupowi mazurskiemu, potem znów Polacy, Krzyżacy, Prusy, Rosjanie... Reszel ma swoją historię i na pewno jest tu mnóstwo miejsc wartych uwagi.
Zatrzymujemy się nieopodal klasycystycznego ratusza i średniowiecznej studni, najpierw zahaczając o informację turystyczną. Bardzo pomocny pan nieźle się rozgadał, ale podrzucił kilka ciekawych rad. Chociażby, jeśli chcemy spojrzeć na miasto z góry, to lepiej wejść na wieżę kościelną niż zamkową... i tak weszliśmy na obie ;).
No to kierujemy się do górującego nad miastem kościoła Św. Apostołów Piotra i Pawła, mijając niewielkie uliczki klimatycznego centrum. Reszel dołączył do założonego we Włoszech ruchu Cittàslow - powolnych miast. Łączy on miasteczka poniżej 50 tys. mieszkańców, które chcą się skupić na spokojnym trybie życia, pracy, a także i turystyki. Pewnie słyszeliście już o koncepcji slow travel, przeciwstawiającej się wszechobecnej masowej turystyce. Tak właśnie możemy zwiedzać i Reszel - spokojnie, powoli, dokładnie.  Co ciekawe, w warmińsko-mazurskim jest już kilkanaście miasteczek, które dołączyły do ruchu Cittàslow, podczas gdy w całej Szwecji jest tylko jedno - Falköping ;).
Wchodzimy zatem do kościoła Piotra i Pawła i właściwie już od wejścia mogłabym zbierać szczękę z podłogi, takie wrażenie wywiera wnętrze...
Gotycka świątynia powstała mniej więcej w połowie XIV wieku, choć - oczywiście - była potem kilkakrotnie przebudowywana i odnawiana, chociażby po pożarach z 1474 oraz 1806 roku. Ja w ogóle uwielbiam styl gotycki i jego strzelistość (jest w ogóle takie słowo? ;) ). W kościele natychmiast rzucają się w oczy gwiaździste sklepienia i kolorowe witraże, ale właściwie całe wnętrze po prostu zachwyca. Pochodzący z początku XIX wieku ołtarz główny i również XIX-wieczne ołtarze poboczne. Rokokowe tabernakulum. A do tego wszystkiego... kranik z wodą święconą, który mnie wręcz rozbroił ;).
Codziennie pomiędzy 9 a 17 można wejść na wieżę, tak polecaną przez pana z informacji turystycznej. Bilet normalny kosztuje zaledwie 4 zł, ulgowy 2 zł (choć akurat my wszyscy dostaliśmy bilety ulgowe, więc śmiałam się, że ja studentka, a rodzice już emeryci... ;) ). Dopiero ze szczytu wieży widać, jak niewielki jest Reszel, a jego centrum to właściwie 5-10 minut spaceru i już, wszystko się da zobaczyć... :)
Tuż obok kościoła znajduje się XIV-wieczny zamek krzyżacki, który - jak wiele zabytkowych budowli w tej okolicy - został porządnie odnowiony dopiero w połowie ubiegłego wieku, już po wojnie. Na chwilę obecną w zamku znajduje się hotel i restauracja, a także niewielki oddział muzeum olsztyńskiego. W gruncie rzeczy to po prostu średniej wielkości wystawa poświęcona średniowiecznym narzędziom tortur. Cena za wstęp na teren zamku, w tym na wystawę i na wieżę, to kilka złotych - dokładnie nie pamiętam. Choć tak naprawdę (jak zasugerował nam pan parkingowy), gdyby ktoś chciał wejść bez płacenia, to raczej też by nie było problemów, w końcu skąd wiadomo, czy jest się turystą czy gościem hotelowym lub klientem restauracji? Ale my jesteśmy porządni, więc zapłaciliśmy :P. Pan z informacji turystycznej miał rację, że widok z wieży kościelnej jest lepszy, ale z drugiej strony - z wieży zamkowej mogliśmy w końcu zobaczyć cały kościół.
Z Reszla przenosimy się do ostatniego zaplanowanego na ten dzień miejsca - sanktuarium maryjnego w Świętej Lipce. Nazywana Częstochową Północy miejscowość już od XV wieku przyciąga tłumy turystów - podobno zagląda tu co roku około 100 tys. osób... Na trasie z Reszla mijaliśmy niewielkie barokowe kapliczki, tworzące drogę krzyżową i jasno wskazujące kierunek do sanktuarium.
Tym razem styl gotycki został już za nami, a przed sobą mamy późny barok. Świątynię zbudowano w latach 1688-93, ale wnętrze wykończono dopiero w XVIII wieku. Całość jest na bieżąco restaurowana, prace trwają jeszcze zwłaszcza w krużgankach, ale wnętrze wygląda już na doprowadzone do porządku ;). Na tyle, że znów przyszło mi do głowy tylko jedno wielkie wow ;). Tutaj już nawet nie umiem powiedzieć, na co najlepiej zwrócić uwagę, bo uwagę przyciąga właściwie wszystko. Cudne malowidła na sklepieniach z lat dwudziestych XVIII wieku, autorstwa Macieja Jana Meyera. Ołtarz z obrazem Matki Boskiej Świętolipskiej, namalowanym przez Bartłomieja Pensa w 1640 r.  Obrazy, rzeźby, zdobienia ścian... Nie wyłączałam aparatu dopóki dosłownie nie padła mi bateria ;).
Krótko po naszym dotarciu na miejsce, rozpoczął się niewielki koncert organowy. A organy to w Św. Lipce atrakcja sama w sobie, bo nie dość, że są pięknie zdobione (dzieło Jana Josua Mosengla z Królewca z 1721 r.), to posiadają ruchome figurki. Czyli muzyka gra, aniołki się kręcą i podnoszą trąbki, otwierają się różne drzwiczki... Naprawdę fajny efekt. Polecam zobaczyć filmik z Polonezem - tak wygląda całość :).
Po koncercie wyszedł do ludzi jeden z księży, gotowy by opowiedzieć turystom historię sanktuarium... sam był chyba zaskoczony tłumem, który się wokół niego zgromadził. Na historię miał zaledwie kilka minut - pomiędzy koncertem a mszą, ale udało mu się całkiem nieźle streścić. Podobno nawijał szybciej niż ja - a kto mnie zna, ten wie, że to nie lada wyzwanie ;).
Bazylikę otaczają wciąż będące w renowacji krużganki. Jednak wystarczy spojrzeć na już odnowioną część, by być pewnym, że efekt końcowy na pewno będzie powalający ;).
Piękna ta nasza Polska, prawda...? :)

Podobne posty

0 komentarze

Kraje

anglia (3) austria (2) belgia (1) chorwacja (12) czarnogóra (4) dania (1) ekwador (5) finlandia (7) grecja (1) holandia (1) kolumbia (22) litwa (2) luksemburg (1) malta (2) niemcy (2) norwegia (1) panama (13) polska (23) portugalia (1) rumunia (7) słowacja (1) szwecja (169) tajlandia (2) włochy (7) zea (4)

Instagram